The End... albo nie!!!

Dawno nie pisałem... wiem, wiem... aczkolwiek działo się w moim życiu bardzo wiele i liczę tym samym na zrozumienie. W nagrodę za to postaram się Wam wszystko opowiedzieć.

Po pierwsze skończyła się moja przygoda z Ghaną. Stało się to dokładnie 9 kwietnia. Wsiadłem w samolot Libijskich linii Afriquiah i poleciałem z powrotem do Polski. Tak tymi samymi liniami, których samolot rozbił się wczoraj na lotnisku w Trypolisie, gdzie i ja miałem międzylądowanie. Stado zimnych dreszczy przebiegło po moich plecach, na samą wieść o tej tragedii. Przecież to równie dobrze mogłem być ja... Prawdą jest, że aby  podróżować trzeba mieć sporo szczęścia, by być w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie. By spotykać na swojej drodze ludzi przyjaznych i życzliwych. Nie to żebym był przesadnie zabobonny, ale chyba coś w tym jest tym bardziej, że temat katastrof lotniczych w tym momencie się nie kończy. Dokładnie 10 kwietnia w 5 minut po wylądowaniu na lotnisku w Londynie otrzymałem od rodziny telefon o tragicznej śmierci polskiej delegacji do Katynia, która rozbiła się przed lotniskiem w Smoleńsku. Wszystkie telewizje brytyjskie na bieżąco podawały najnowsze doniesienia z miejsca katastrofy. Była to dla mnie ciężka chwila nie tylko ze względu na czekający mnie kolejny lot, ale przede wszystkim na żal po tylu wybitnych ludziach, Polakach.

Od razu również popłynęły kondolencję od przyjaciół Ghanijczyków jak i innych bliskich mi osób z  Rumunii, Litwy, Czech, Meksyku, Macedonii, wszyscy chcieli pomóc choć dobrym słowem za co serdecznie dziękuję.

Na koniec tego posta chciałbym wszystkich poinformować, że po zakończeniu wyprawy Ghanijskiej blog przybierze postać zdecydowanie szerszą tzn. blog podróżniczy. Będę zamieszczał na nim relacje ze wszystkich podróży tych bliższych i dalszych jak również moje spostrzeżenia wskazówki i zdjęcia.

Pozdrawiam,
Broniar

3 tygodniowe zakończenie.

Powoli zbliża się koniec mojej pracy w HILTI. Przyjechał już Krzysiek Ćwikliński, mój następca którego wdrażam w pracę w firmie. Niesamowite jest to jak szybko się uczy i jakie ma chęci do pracy. Ciekawe, czy ja też taki byłem na początku ? Czy może to dopiero Ghanijska kultura spowolniła moje ruchy...



Nie zakończenie pracy będzie jednak tematem tego posta, a raczej przyjazd Agaty i nasza wspólna podróż przez Ghanę. Wynajęliśmy samochód po super cenie z 50 % rabatem. Bo jak nie wielu się pewnie domyśla ceny wynajmu samochodów, zwłaszcza terenowych są kosmiczne. Za dobę w okolicy 300 zł. Myśmy wynajęli Nissana X-Trail, co było bardzo dobrym wyborem na mieszane drogi szutrowo asfaltowe. Powiem szczerze, że chcąc wybrać się w podróż dookoła Ghany i zajrzeć w miejsca mniej uczęszczane samochód terenowy to absolutne minimum i nie wolno ciąć kosztów wynajmując tańszy osobowy.

Nasza trasa biegła przez wszystkie najpiękniejsze atrakcje Ghany. Zaczęliśmy od Aburi Gardens ogrodach założonych przez Brytyjczyków w XIX wieku, w których spotkaliśmy grupę uczniów skaczących po drzewach, którzy nie odpuścili Nam wspólnego zdjęcia.

 Dalej było Akosombo, tama na największym sztucznym zbiorniku na świecie zaopatrująca całą Ghanę w prąd.

Wli, Tamale, Mole i Wachiau z hipopotamami

Kintampo z pięknymi wodospadami

Sunyani, Kumasi oraz Beyin na którym chciałem się chwilę dłużej skupić. Była jedna z naszych ostatnich nocy w Ghanie, piękne gwiaździste niebo, planowana od dawna kolacja, przy świecach nad brzegiem szumiącego oceanu, ja i ona. Zacząłem długim monologiem wprawdzie układanym miesiącami, ale zupełnie bez ładu i składu przez zżerający mnie stres a zakończyłem "Czy chcesz za mnie wyjść ?" Były łzy, uśmiech i to jakże piękne słowo "Tak".


Ghana przyniosła mi wiele trudnych chwil, ale równie wiele pięknych, których na pewno nie zapomnę do końca życia. Czego samego życzę Wam, jeżeli zdecydujecie się zobaczyć ten piękny kraj. Polecam !!!

Holi - Hinduski festiwal kolorów

Niedziela. Piękny słoneczny poranek. Godzina 11:00. Siedzę u Sushila na tarasie popijając Colę. Nic nie zapowiada masakry jaka ma się za chwilę wydarzyć. Powolnie obraca się wiatrak nad głową, schodzą się leniwym tempem nowi goście. Czekamy... Na co ? Na organizatora imprezy czyli Sahila. Hindusa nieprzeciętnej miary, któremu w głowie urodził się szalony pomysł zorganizowania hinduskiego święta Holi w Akrze. Oczywiście nikt nie wie o co w nim chodzi i poza informacją by wziąć ze sobą gorsze ubrania żaden przeciek się nie wydostał z hinduskiego obozu. 

Wracając jednak do wydarzeń po jakiejś godzinie czekania otrzymaliśmy małe hinduskie przekąski. Kawałek wypieczonego ciasta z jakimś dziwnym zielonym sosem i czerwoną cebulą. Z racji tego, że ani za cebulą ani hinduskim jedzeniem nie przepadam wziąłem tylko jeden kawałek. Tutaj szok. Było to pyszne !!! Wprawdzie delikatnie ostre, ale serio dało się jeść !!!

Po tym delikatnym pożywieniu hindusi zniknęli na chwilę, by po 5 minutach wybiec z kuchni z kolorowym proszkiem na tackach. Trochę czerwonego, zielonego, fioletowego, żółtego... i co zaczęli z nim robić ? Obsypywać wszystkich dookoła !!! Nie liczyło się czy to twarz, koszulka, spodenki czy nogi. Ważne by być bardziej kolorowym. Dalej już było tylko coraz bardziej dziko. Do akcji weszła ekipa z wężami ogrodowymi i nagle wszyscy stali się mokrzy a później gdy bycie mokrym się znudziło zaczęliśmy zdzierać z siebie ubrania... Zresztą zobaczcie sami :P

Od prawej: Broniar, Lisa, Saulius, Anu, Aqua
Zwróćcie uwagę na moją koszulkę :P

Wieczór Polsko - Rumuński

Razem z Agnieszką - również Polka będąca w Ghanie, Bobim i Petrą - Rumunami pracującymi w Akrze zrobiliśmy w czwartek wieczór Polsko - Rumuński. Hitem były gołąbki, polenta, koreczki na bazie oscypka, oliwek i kabanosów oraz oczywiście najlepsza z polskich wódek... Żóbrówka. Znaczy sie Bizon Vodka, bo kupiona w Ghanie.

Wszyscy się zajadali specjałami naszych kuchni. Koreczki zeszły na pniu jako starter, pollenta była przepyszna a deser w postaci naleśników z musem orzechowo - czekoladowym rewelacyjne. Dla niewtajemniczonych powiem tylko, że pollenta to taka lasagnia po rumuńsku z dużą ilością sera. Bardzo ciekawe przeżycie smakowe.

Udało mi się też obalić występujący w Polsce mit o potakiwaniu głowami na tak a mówieniu nie przez Węgrów. Petra jest Rumunką, ale jednocześnie reprezentuje Węgierską mniejszość narodową i właśnie ona mi wytłumaczyła, że oni tak nie robią, tylko Bułgarzy. Dziwne to wszystko, ale chyba można jej wierzyć. Choć co do tych Bułgarów przekonany też nie jestem, bo paru poznałem w swoim życiu i nikt takich gestów nie robił, więc chyba w ogóle takie zachowanie nie istnieje, albo jest marginalnym zjawiskiem.

Inna sprawa, to picie alkoholu, zwłaszcza wysoko procentowego w klimacie Ghanijskim. Jak wszyscy wiemy alkohol odwadnia, więc w klimacie tropikalnym jest to zabójstwo. Zwłaszcza po wysiłku. Niestety głupota ludzka nie zna granic i korzystając z okazji wieczoru wypiłem 3 kieliszki, co skończyło się dla mnie straszliwym kacem kolejnego dnia, mimo tego że były to tylko trzy. Wstyd mi za siebie strasznie, bo pochodzę z tzw. tutaj VODKA REGION a plamę dałem po całości, ale co zrobić... Przynajmniej już teraz wiem dlaczego tutejsi ludzie nie piją prawie w ogóle alkoholu.

Pokera król...

Jest wtorek. Od rana praca, jak zwykle to samo mnóstwo klientów i brak stanów magazynowych. Mówisz więc co chwilę nie ma, nie ma, nie ma. Chciałoby się powiedzieć za kabaretem Tey "A co jest? JA JESTEM !!!" Praca jednak szybko się kończy a dalej inauguracyjne spotkanie na pokerze w Venus. W końcu udało się zorganizować miejsce, żetony i karty. Pay in 5 GHC. Niewiele, ale zabawa za to przednia. 

Poziom cóż bardzo różny. Od zupełnie początkujących do doświadczonych graczy. Najważniejsze jednak, że jest zainteresowanie i ludzie chcą się uczyć i bawić w trochę inny sposób niż zawsze. Czyli siedzieć przy barze i pić. Nie rozumiem tego, jak można non stop tym się podniecać i pić przez 2-3 dni z rzędu. Nie moja jednak to brocha jak ktoś tak lubi nie się bawi jak chce...

Wracając jednak do pokera. Zagraliśmy 3 emocjonujące gry w składzie 8 osobowym. Zauważyłem, że im więcej graczy tym ciekawiej. Co chwilę coś dużego się dzieje na stole i gra jest ciekawsza. Oby dalej frekwencja także dopisywała no i szczęście w kartach bo ostatnio było całkiem nieźle. 

Mówi się, że kto ma szczęście w kartach nie ma szczęścia w miłości... Ale ja akurat ani tutaj ani tutaj nie narzekam czyżbym mógł być aż tak szczęśliwym człowiekiem... ??? 

Impreza w stylu Flamenco…

Wczoraj po 2 dniu pobytu w Ghanie dostałem zaproszenie do Alliance Frances na występ zespołu Flamenco poprzedzone kolacją u Williama i Sahila. Nie było co robić wieczorem więc wiele się nie zastanawiając zgodziłem się. Miło było się znowu spotkać z chłopakami, pogadać, napić wina i zjeść pyszne burgery zrobione według oryginalnego amerykańskiego przepisu. Po miłym wstępie, oczywiście spóźnieni udaliśmy się na Flamenco, które jak się domyślaliśmy także rozpoczęło się z opóźnieniem. Jak wszystko w Ghanie. I tutaj szok!!! 4 występujące siostry z Sevilli zaczarowały nas bez reszty. Nie były wprawdzie piękne, nie tańczyły powalająco, nie śpiewały cudownie, nawet ich grania nie nazwałbym wirtuozerią aczkolwiek miały w sobie magię Hiszpanii. Słoneczny uśmiech, naturalność i dziką żywiołowość. Przez swój 2 godzinny pokaz przeniosły nas w inny wymiar. Włącznie z tym, że w ostatnim numerze wyszliśmy przed scenę tańczyć Flamenco. Pomimo tego, że nigdy w życiu się go nie uczyliśmy. Ale co tam raz się żyje…

Koncert się skończył a my zgodnie stwierdziliśmy, że tak dobrze rozpoczętej nocy szybko nie wypada kończyć. Obraliśmy więc kurs na Duplex. Tam muzyka lata 80-te i nikogo na parkiecie. Trzeba było więc rozkręcić imprezę. Po godzinie zaczęło się robić tłoczno a po dwóch już ledwo można się było ruszyć. Było rewelacyjnie.  W życiu na jednej imprezie nie poznałem tylu osób i tyle nie tańczyłem. Zwłaszcza, że 4 siostry występujące wcześniej w Alliance Frances także zaszczyciły nas swoją obecnością. Oczywiście oblegane prze tłum facetów śliniących się na ich widok. Nie mieszając się jednak w ta spisaną na straty walkę o chwilę tańca z nimi oddałem się rozmowie  z Alexem. Poznanym parę miesięcy temu Niemcem. Fajny gość, choć życie ma ciężkie w Ghanie. Miał malarię i różyczkę jednocześnie. To się nazywa pech !!! Nie mniej jednak wyszedł z tego i postanowił zostać jeszcze dłużej w Ghanie. Co jest takiego tutaj co kusi ludzi by zostawali tak długo ? Wolność ? Brak stresu ? Nie wiem ale muszę się dowiedzieć i przywieźć to do Polski… 

Powroty…

Czasami w życiu czekasz na „coś” wyjątkowo niecierpliwie. Na coś niesamowicie cennego i dla Ciebie ważnego. Patrzysz kilka razy dziennie w kalendarz z nadzieją, że czas popłynie szybciej i wytęskniona chwila nadejdzie szybciej. Niestety zamiast tego spotyka cie kara i czas biegnie jeszcze wolniej. Tak też było ze mną przez ostatnie kilka tygodni kiedy czekałem na powrót do Polski. Wprawdzie krótki bo tylko 3 tygodniowy oraz mocno pracowity bo do zaliczenia było 8 przedmiotów nie mniej jednak cieszyłem się na te 3 tygodnie jak na najpiękniejszy prezent jaki można sobie wyśnić. Miałem wreszcie zobaczyć się z moją ukochaną, najbliższymi, przyjaciółmi… nie przypuszczałem, że będę w stanie się tak stęsknić, by być zmotywowanym do skreślania dni w kalendarzu, ale jednak dzień w dzień tuz po przebudzeniu patrzyłem w kalendarz mówiać sobie jeszcze tylko 7 dni, jeszcze 6, 5 itd.

Czas ciągnał się w nieskończoność, ale w końcu nadszedł ten upragniony dzień wylotu. Spakowałem się, pożegnałem ze znajomymi w Ghanie i wsiadłem w samolot z nadzieją, że dolece do Polski. Niestety łatwo nie było. Po 15 minutach lotu  z Akry do Kairu pierwszy komunikat kapitana. Witam państwa na pokładzie Boeinga bla bla bla, niestety nie byliśmy świadomi braku paliwa i musimy gdzieś wylądować i zatankować. Koniec komunikatu !!!  Bez informacji gdzie będziemy lądować, czy starczy paliwa czy nie !!! Jeżeli więc lubicie adrenaline w powietrzu polecam Linie Egypt Air. Ludzie na pokładzie zaczeli świrować. Na szczęscie po następnych 15 minutach odzywa się ten sam kapitan mówiać, że będziemy za chwilę lądować w Lagos w Nigerii i tam zatankujemy. Kamień z serca…

Koniec końców mój koniec jeszcze nie nastąpił i szczęsliwie wylądowałem w Warszawie po 24 godzinnej podróży.  Wyobraźcie sobie moje zaskoczenie gdy na dworze było -20 stopni natomiast gdy wsiadałem do samolotu było +36. Co daje razem różnice 56 stopni celsjusza. Niesamowite wrażenie !!! Mnóstwo śniegu, ludzie dzwinie poubierani w szaliki, czapki i rękawice. Nie to jednak było dla mnie najbardziej zaskakujące a raczej to co poczyłem gdy tylko zobaczyłem czakających na mnie najbliższych. Nie da się tego opisać słowami, natomiast życzę każdemu by mógł coś takiego przezyć. Szalejące endorfiny, banan na twarzy i olbrzymia dawka energii. Pomimo 24 godzinnej podróży miałem w sobie mnóstwo sił i chęci by rozmawiac i cieszyć się z bliskości…

Niestety brutalna rzeczywistość szybko pozbawiła mnie tych radości zmuszając do nauki i zdawania egzaminów. Pomimo tego przez te 3 tygodnie zdązyłem się spotkać z wszystkimi najbliższymi mi ludzmi, co sprawiło mi olbrzymią frajdę. Szczerze mowiać czułem się w pełni szcześliwy. Zwlaszcza za sprawą pewnej niesamowicie seksownej blondynki i jej niespodzianek…

Nie mniej jednak czas szybko minał i znów trzeba było się rozstać, wsiąść do samolotu i poleciec do mojej Ghanijskiej jaskini. Pocieszała mnie tylko myśl, że wkońcu będzie ciepło, że czeka tam na mnie mnóstwo nowych wyzwań i miejsc do odkrycia. No i oczywiście wizja wspólnej podróży ze wspomnianą bardzo seksowną blondynką. Już się nie mogę doczekać…  

Sztuka przewidywania...

Jadę sobie samochodem przez miasto. Pełen lans, gra muzyka i co widzę... niby nic nadzwyczajnego normalny ruch uliczny, ale czy na pewno ? Czy na pewno normalny ? Jakby się przyjrzeć samochodom czy motocyklom można dostrzec dziwne rzeczy.

Jakie ? Na przykład dzisiaj. Minął mnie motocyklista. Pomijam fakt, że bez kasku bo wiadomo, że murzyni twarde głowy mają, przynajmniej tak im się wydaję. Natomiast ciekawsza na tym obrazku była opona zarzucona na biodra niczym hula hop. Pewnie myślicie opona od roweru, albo skutera. Nie nie nie, opona od jakiegoś terenowego samochodu. Minimum 18 cali. Gdyby ten... się przewrócił to nie dość, że bez kasku łepetyna roztrzaskana to jeszcze złamany kręgosłup i nikt mu nie pomorze. No cóż...

To jednak nie koniec pomysłowości. Podczas przerwy świątecznej podróżowałem trochę po Ghanie. Było safari, karmienie małpek i takie tam... to co jednak napotykałem po drodze przechodzi ludzkie pojęcie. Tir załadowany dwa razy wyżej niż szoferka. Naturalne, że na pierwszym lepszym zakręcie się przewróci, ale pakują w niego ile wlezie nie myśląc w ogóle. I co ? Jedziesz i widzisz co kawałek TIRa w rowie na boku. Najlepsze jest jednak to, że czasami na ten towar wsadza się jeszcze ludzi, więc wyobraźcie sobie co się z nimi dzieje, gdy ten TIR się przewraca. Masakra.



Wystarczyłoby trochę pomyśleć i mieć więcej odpowiedzialności w sobie. Choć może tu bardziej chodzi o olej w głowie. Nie wiem. Nie mniej jednak życie jednego Ghanijczyka nic nie znaczy. Niestety...

Ghanijsky styl i szyk

Przepraszam z góry za mój brak zrozumienia dla lokalnej kultury, ale trzeba to nazwać wprost takiego kiczu to jeszcze nigdzie nie widziałem.

Zacznijmy może od ludzi biednych. Przeciętnych taksówkarzy i kierowców tro-tro. Każdy z nich musi mieć obowiązkowo zegarek. Jaki ? Najlepiej złoty wysadzany cyrkoniami oszlifowanymi jak brylant. Oczywiście made in China. Dalej jak wygląda jego samochód ? Obowiązkowo milion nalepek. Od odblasków na zderzaki, przez kotki, pieski i inne takie na napisach holy spirit kończąc i tak ma każdy bez wyjątków. Kolejna sprawa felgi, albo raczej kołpaki z dorobionymi gwoździami jak w rydwanach z czasów starożytnego Rzymu. Aczkolwiek najlepsze na koniec. Figurki na masce. Rolls Royce kiedyś wprowadził takowe a teraz tutaj się prześcigają z różnymi odmianami w samochodach pokroju deawoo tico. To jakiegoś anioła sobie strzelą, to konia a żeby tego było mało wszystkie są tak ostro zakończone, że przy kolizji z pieszym rozcina to pieszego na 5 kawałków. Nikt nie mówił, że moda jest prosta, miła i przyjemna.

Ale zostawmy już biednych taksówkarzy. Przejdźmy parę szczebelków wyżej do bogatych Ghanijczyków. Z racji tego, że lubią się pokazać, wow co ja mówię to jest ich cel w życiu, to kupują sobie np Porsche 911 albo Mitsubishi 3000 GT na drogi gdzie dłużej niż rok może wytrzymać tylko Nissan Patrol. Jaki to ma sens ?

Co do ich domów natomiast. Stać ich na wszystko, więc kupują wszystko bez ładu i składu. To trochę jak z Panem Poznańskim w Łodzi. Jak architekt się go zapytał w jakim stylu ma mu zbudować pałac, to odpowiedział stać mnie na wszystkie i tak dzisiaj mamy tam Manufakturę Łódzką :P Tak samo jest tutaj maski plemiona Ashanti stoją koło mebli ze szkła i aluminium. Dobór kolorów na zasadzie im bardziej wali po oczach tym lepiej. Sprzęt audio im większy tym lepszy. Dlatego w salonach spotykasz kolumny estradowe wielkości 2 na 2 metry. Jest za to szpan :)))

Jedyne za co warto ich pochwalić to stroje ludowe. Bardzo je cenią i często się w nie ubierają np do kościoła. U nas ta tradycja zaniknęła a szkoda bo taki strój krakowiaka...


Czy murzyn może być rasistą ?

Tyle się mówi o tym, że murzyni są dyskryminowani. Postrzegani są w ich mniemaniu jako gorsi i ambitnie walczą o równo uprawnienie. Otrzymują coraz więcej przywilejów, jak np konkretna liczba miejsc na uczelniach wyższych niezależnie od poziomu przez nich reprezentowanego. Czy jednak jest to fair ? Czy nie przypadkiem zasady powinny być takie same dla wszystkich a liczyć powinny się wyniki ?

Pomijając jednak ten aspekt zróbmy eksperyment zamieńmy sytuację i wyobraźmy sobie, że to biały jest biedny i uciśniony a czarny bogaty. Co wtedy się dzieje ? Idziesz do pierwszego lepszego sklepu. Pytasz się o cenę Coca-Coli i słyszysz 1 GHc a następny w kolejce murzyn bierze tą sama Colę i płaci połowę i tak ze wszystkim co kupujesz. Idźmy dalej idziesz na ulice. Mnóstwo czarnych ludzi żebrze. Nie mniej jednak jeżeli wyjdzie biały i poprosi o drobny datek to już nie dadzą, bo jest biały. Zatem odpowiedz na pytanie czy murzyn może być rasistą brzmi tak.

Co więcej wyrafinowanym rasistą bo wciąż oczekuje, że coś dostanie za darmo. Udzielając więc pomocy krają afrykańskim trzeba stosować zasadę wędki a nie ryby. Musimy ich szkolić by się rozwijali a nie dawać pieniądze, bo nie potrafią z nich zrobić użytku.

Przykład pogrzebu. Muszą na niego zaprosić całą rodzinę a nawet dzielnicę i zapłacić za jedzenie dla wszyskich. Oczywiście organizacja trwa więc trzymają zwłoki w lodówkach w kostnicy co jest tutaj horrendalnie drogie i na to kasa jest, a jak przychodzi do wysłania dziecka na studia to już nie ma.