|
Kolejny weekend, kolejna wycieczka. Gdzie tym razem ? Wli Waterflalls. Wodospady w regionie Volta. Wyprawa tym razem nie swoim samochodem, tylko tro-tro. Wszystko zaczęło się jednak od tego, że umówiliśmy się na 11.30 na wyjazd z resztą praktykantów, ale oczywiście jak to tutaj wszystko było opóźnione o około godzinę. Nie wiem jak to się dzieje, że czas przelatuje tutaj przez palce i ciągle ktoś jest spóźniony. Strasznie mnie to irytuje, ale co zrobić ???
Udało się jednak zebrać wszystkich i ruszyliśmy na poszukiwania tro-tro w Tudu station. Okazało się to dość trudnym zadaniem, zwłaszcza dlatego, że przyszliśmy zbyt późno i większość tro-tro już pojechała do Hohoe, czyli pierwszej stacji przesiadkowej. Wiedzący o tym kierowcy starali się nas naciągnąć. Każdy niedoświadczony podróżnik, jak np ja zgodziłby się na ich ceny, ale my mieliśmy w naszych szeregach Sahila - hindusa, który nie przepuści nawet 1 GHc. Tak o to udało się wynegocjować sensowną cenę, aczkolwiek busik pozostawiał wiele do życzenia w temacie komfortu.
Po 4 godzinach przesiadka do kolejnego tro-tro w Hohoe i trasa do Wli. Wli to bardzo mała wioska, dlatego trasa do niej wiodła przez piaszczystą drogę, która pewnie zamienia się w rzekę podczas pory deszczowej. 20 km jechaliśmy więc godzinę, ale warto było, bo wioska była niesamowita. Dzieciaki bawiące się na piachu, domki kryte strzechą, lepianki i jeden kościół bez okien oraz oczywiście wodospady.
Z nimi jednak nie było tak łatwo. Jak to ambitni podróżnicy po pytaniu przewodnika jaką trasę chcemy przejść do wodospadów odpowiedzieliśmy najciekawszą i najdłuższą. No i stało się. Mieliśmy dotrzeć do mało uczęszczanego górnego wodospadu, którego wysokość to 80m !!! Zaczęła się wspinaczka. Początkowo łatwa. Prawie po płaskim, na utwardzonym szlaku. Później jednak odbiliśmy w dżunglę!!! Szlak w ogóle nie przygotowany i na dodatek prawie w pionie !!! Co chwile wpadasz w jakaś sieć z pająkami, wokół nogi oplata cie liana a przed tobą bloki skalne po których niczym małpa musisz skakać. Poziom trudności tej trasy oceniłbym w skali od 1 do 10 na 14!!! Oczywiście nikt nie był przygotowany, żadnych butów trekingowych, żadnych ochraniaczy czy innych gadżetów. Nawet przewodnik wspinał się w japonkach!!! W Polsce nie do pomyślenia, tutaj jednak jest to najnormalniejsze w świecie. Wyposażeni byliśmy tylko w zapas wody pitnej, bo upał niemiłosierny.
Po 1,5 godzinnej wspinaczce udało się. Cali mokrzy od potu i zmęczeni dotarliśmy. I co ? Szok. Czegoś tak pięknego w życiu nie widziałem. Woda spadająca z 80 metrów rozpryskiwała się wokół i tworzyła cudownie chłodną bryzę. Dodatkowo tęcza i ten miły dla ucha szum. Niczym w raju. Wykąpaliśmy się i zażyliśmy prawdziwego wodnego masażu pod spadającą wodą. Niesamowite !!! Na pewno do końca życia zachowam tą chwilę w pamięci. Chciałbym móc tam kiedyś wrócić, może nie sam...